Showing posts with label Po polsku. Show all posts
Showing posts with label Po polsku. Show all posts

Sunday, June 30, 2013

Goniąc marchewkę unikając kija

Ludzie unikają zmian jak ognia, bo za każdym razem jak warunki ewoluują, odczuwają fizyczny ból, coś jakby szpilę wbijaną pod żebro. Z drugiej strony bardzo silnie i obsesyjnie przywiązują się do osób i przedmiotów, które ich zdaniem, są źródłem przyjemności. Strata ulubionego przedmiotu wywołuje smutek. Odejście bliskiej osoby oczywiście wiąże się z bólem i rozpaczą.

Jedno i drugie zachowanie, czyli unikanie bólu i pościg za przyjemnością, są naturalnie wpisane w ludzką naturę. Tyle że, negatywne doświadczenia mają silniejsze oddziaływanie na nasze widzenie świata. Wystarczy włączyć telewizor. Nie przez przypadek większość wiadomości jest złych, nasz mózg chętniej je rejestruje.

Świat jest pełen sprzeczności, kropka. A my, paradoksalnie, bez przerwy szukamy stabilności i regularności. Odczuwamy frustrację jak nie dostaniemy tego czego chcemy i zawód jak coś co lubimy dobiega końca. Jesteśmy zaprogramowani na cierpienie.

Ale co ciekawe, to cierpienie nie ma fizycznej formy, jest całkowicie wytworem naszej wyobraźni. Pytanie zatem jak odczuwać przyjemność bez negatywnego odchylenia? Jak skutecznie unikać cierpienia?

Odpowiedź brzmi – małymi kroczkami. Drobne, pozytywne wydarzenia każdego dnia doprowadzą do wielkich zmian po czasie.

Po pierwsze, dobrze jest się pogodzić z tym, że wszystko się zmienia – dzieci opuszczają dom, przyjaciele odchodzą, co się zaczęło musi się skończyć. Nad tym nie mamy kontroli. Mamy natomiast kontrolę nad reakcją, i to właśnie tutaj rodzi się większość bólu. Sami sobie wbijamy szpilę i nakręcamy się.

Dlatego po drugie, warto chwilę przemyśleć dokładnie co czujemy. W innym razie, pozostaniemy w niebezpiecznym stanie – coś się dzieje, nie wiem dokładnie co, ale nie podoba mi się.

Strasznie łatwo rozhuśtać emocje. Świetnie do tego nadają się złe uczucia. O wiele trudniej zachować równowagę i ćwiczyć dostrzeganie dobrych wiadomości. Bo co w tym ekscytującego, że drogę wyremontowali, jak za rogiem ciągle dziury?

Droga do równowagi:
  • Nieuświadomiona niekompetencja
  • Uświadomiona niekompetencja
  • Uświadomiona kompetencja
  • Nieuświadomiona kompetencja

Saturday, June 29, 2013

Ile dzieci urodzonych w mieście zostaje rolnikami?

System edukacji jest tak skonstruowany, by najwyżej punktować języki i matematykę, a najniżej plastykę, muzykę czy sport. A niby dlaczego? Założę się, że o wiele więcej  osób pracuje w sektorze manualno-twórczo-muzycznym niż w sektorze humanistyczno-ekonomiczno-numerycznym.

Większość szkół standaryzuje według tej miary i nie chce się dowiedzieć w czym jesteśmy dobrzy. Wiem o czym mówię, bo chodziłam do czterech różnych szkół, w trzech różnych krajach.

Gdyby nie inspirujące doświadczenie studiów wyższych, a nawet, bardziej istotne od tego, krąg przyjaciół, który wtedy się stworzył, weszłabym na rynek pracy z podciętymi skrzydłami i bez podstawowej wiedzy jak się po nim poruszać by przeżyć. Mimo istotnych dydaktycznych różnic, żadna ze szkół przed uniwersyteckich nie wydobyła moich talentów, nie wiedziałam w czym jestem dobra.


A każdy ma talent, tyle że większości wbito do głowy przekonanie, że nie ma czego szukać.

Teraz wydaje mi się, że nie chodzi o to by jedynie znaleźć pracę i przeżyć, ale żeby odpowiednio wcześniej dowiedzieć się czegoś o sobie. I szukać takiej kariery czy zajęć, które nas dopełnią i uskrzydlą. Dużą rolę odgrywa tu szkoła, która powinna inspirować, poszerzać horyzonty i promować kreatywność. Oprócz algorytmów, uczniowie powinni wiedzieć jak działa teatr, odwiedzić gospodarstwo wiejskie, chodzić na lekcje tańca, znać podstawy zdrowego odżywiania i oczywiście czytać lektury – nie bryki.

No i najważniejsze, szkoły powinny odejść od sytemu karania za nieprawidłowe odpowiedzi. Jedyną konsekwencją negatywnej oceny jest strach przed popełnieniem błędu czyli zaniechanie spróbowania czegoś nowego. Czegoś co może być potencjalnie pasją życiową. Czyli nie dość że szkoła nie podsuwa całego spektrum możliwości rozwoju, to jeszcze kastruje zdolność do sięgania po niewiadome.

Jeśli szukasz swojej pasji, bardzo polecam książkę Sir Ken Robinsona The Element. Ale uważaj, może zmienić twoje życie.

Sunday, January 13, 2013

Dlaczego mężczyźni powinni być feministami?

Problem z terminem feminizm jest taki sam jak z terminem poprawność polityczna – wszyscy o tym mówią, nikt nie wie czym to się je.

Czym jest poprawność polityczna? Sformalizowana życzliwość. A czym jest feminizm – proste – przekonanie, że kobiety powinny mieć te same prawa co mężczyźni, niezależnie od tego jak mądre, głupie, szurnięte, grube, leniwe czy opryskliwe są.

Kobietom zarzuca się obecnie wiele przewinień – że przestają być kobiece, że kastrują mężczyzn (w przenośni), że same najchętniej skoczyłyby sobie do oczu. Serio?

Kobiety były niedoceniane, atakowane, prześladowane, psychicznie i fizycznie poniżane i kulturowo ignorowane przez wieki – w zasadzie i przede wszystkim przez mężczyzn.

A mężczyźni nadal pozostają uprzywilejowani w ramach współczesnego zachodniego społeczeństwa wcale tego nie dostrzegając. To jest fakt i pozostanie faktem dopóki istnieje płacowy rów mariański i szklany sufit. Na marginesie problem ze szklanym sufitem jest taki, że zrobiony jest ze szkła i go nie widać.

Dla kobiet nierówność to rzecz namacalna, oparta na codziennym doświadczeniu. Dla mężczyzn to bardziej intelektualna zabawa. Jedynym sposobem by zbliżyć oba stanowiska to by mężczyźni postawili się na miejscu kobiet na których im zależy, kobiet które im bliskie – partnerek, matek, sióstr.

Podstawowe pytanie jakie każda kobieta powinna sobie zadać zadręczając się swoim wyglądem, oczekiwaniami wobec niej i tymi wszystkimi pierdowałami, jest czy mężczyźni też to robią? Czy mężczyźni też się tym przejmują? Zazwyczaj odpowiedź jest nie. I to jest właśnie feminizm – być jak oni, na tych samych prawach.

Mężczyźni mają odziedziczony problem patriarchatu – współczesne relacje damsko-męskie nie są tym samym co naszych rodziców. Ostatnio na spotkaniu, w formie żartobliwej usłyszałam, że mam fajne piersi. Hmm, i dlatego mężczyźni powinni być feministami. Przecież nie będę robić scen, że komentarz jego jest nie na miejscu. Tym bardziej nie odwdzięczę się komentarzem z tej samej półki, niskiej półki. Mężczyźni muszą sami zrozumieć, że podstawa dobrych relacji to wzajemny szacunek. Nie jest rolą kobiet edukowanie mężczyzn.

Mężczyźni powinni być feministami z trzech powodów:


Stereotypy damsko-męskie nikomu nie służą – przełamanie tych stereotypów to sposób by skończyć z przekonaniem, że prawdziwy mężczyzna musi utrzymać dom i rodzinę, inaczej nie jest mężczyzną, że musi mieć jaja, być agresywny, inaczej jest mięczakiem. No bo przecież jak się ma ‘prawdziwy mężczyzna’ przyznać, że nie ma ochoty oglądać meczu z chłopakami, bo woli zostać w domu z dziećmi?

Ekonomia głupcze – połowę potencjalnej siły roboczej na świecie stanowią kobiety. Cóż łatwiejszego niż pozwolić tej sile pracować?

Szczęśliwe kobiety to szczęśliwi mężczyźni – badania pokazują, że związki kobiet z mężczyznami feministami cechują się większą stabilnością życiową i satysfakcją łóżkową. Chyba nic więcej nie muszę dodawać.

Tu wszyscy wygrywają.

Polecam super zabawną książkę Caitlin Moran „Jak być kobietą”

Saturday, December 1, 2012

Wielkie nadzieje

Książka Charlesa Dickensa Wielkie nadzieje, była zdecydowanie jedną z moich ulubionych lektur dzieciństwa. Przygody były inspirujące, opisy pobudzały wyobraźnie, ale przede wszystkim, mimo że w sumie smutna powieść, dała mi nadzieję, że sumienie i lojalność mają znaczenie.

Dopiero teraz, na własnej skórze, zdałam sobie sprawę jak cudze oczekiwania wobec nas mogą być destrukcyjne. Jak łatwo jest wpaść w pułapkę i uwierzyć, że spełniając cudze oczekiwania można ich uszczęśliwić i jak przez to uszczęśliwić samych siebie. Nic bardziej mylnego.

Nie mogę podać własnego przykładu, bo nie chcę urazić nikogo z bliskich. Dlatego posłużę się historią z książki Dickensa – młody wieśniak Pip, za sprawą tajemniczego sponsora, zostaje nagle wyrwany z naturalnego środowiska i przygotowany do roli gentelmana. Przechodzi przez ciężki proces naginania charakteru zmotywowany tylko jednym – perspektywą, że pewnego dnia nieczuła i Estella z wyższych klas odwzajemni jego miłość.

Oczywiście nigdy jej nie odwzajemnia. Dlaczego? Penie dlatego, że uszczęśliwianie innych nie może być jedną motywacją, trzeba też czuć, że nam to sprawia przyjemność. A tak właściwie, najpierw musi to nam dawać radość i dopiero potem może dać radość albo przyciągać innych. Muszę jeszcze dodać, że Pip większość powieści czuje się dogłębnie nieszczęśliwy.

Schody zaczynają się, gdy sobie uświadamiamy, że to co robimy nie daje nam satysfakcji, ale jest tyle zawiłości i zewnętrznych oczekiwań, że ciężko jest się z tego uwolnić. Najpierw myślisz – skoro wszyscy wokół tak żyją, to tak powinno być. Trwanie w pracy czy w związku, tylko dlatego że większość ludzi tak robi nie jest odpowiednim powodem. Jak już się podejmie decyzję pójść pod prąd nieuchronnie towarzyszy temu poczucie przerażenia. Jednak jednocześnie podnosi na duchu i uwalnia, daje energię by być wiernym sobie. To nie oznacza, że jest się samolubnym, tylko konsekwentnym. A konsekwencja jest czymś bardzo atrakcyjnym dla świata zewnętrznego.

Książa Wielkie Nadzieje doczekała się kolejnej – dziewiątej – adaptacji filmowej. Właśnie wczoraj weszła na ekrany w Wielkiej Brytanii. Czytałam, że gwiazdorska obsada i bajeczne kostiumy. Nie mogę się doczekać, żeby obejrzeć.

Sunday, November 4, 2012

Nie chcesz chorować, nie jedź po bandzie

Oko cyklonu to miejsce, w którym z każdej strony grozi niebezpieczeństwo, ale w którym mimo wszystko jest bezpiecznie. I najlepiej całe życie tam spędzić. Jeden fałszywy ruch i można dostać odłamkiem, albo być porwanym przez wichurę. Oczywiście to przenośnia, ale czy na pewno, czy mocne wrażenia mogą być przyczyną np. chronicznego kataru?

Bez wątpienia są tacy, którzy uważają, że prawdziwe życie to właśnie tam gdzie akcja, tam gdzie szaleje burza. Tylko tam można poznać prawdziwe uczucia i wzniesienia. Tyle że, będąc na fali można łatwo wpaść w wir i się podtopić. Nie mówię, żeby żyć asekuracyjnie. Tylko, żeby podnosząc sobie poprzeczkę wyzwań, potrafić przełknąć następstwa – czy to dobre czy złe. A z drugiej strony, być przygotowanym na niespodziewane uderzenie z zewnątrz.

Chodzi o to by zachować poczucie ‘so-so’. Czyli ani nie być do końca zadowolonym, ani nie być do końca nieszczęśliwym. Patrzeć na świat przez pryzmat szklanki do połowy pełnej i do połowy pustej równocześnie. Innymi słowy, zachowując zdrową mieszankę pozytywnych i negatywnych emocji. Czasami czuję, że już więcej nie zniosę, ale jednocześnie wiem, że sobie poradzę. W moim przypadku to ja sama sprowadzam na siebie kłopoty. Nie mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa ‘happy-happy’ ale nie czuję też rozpaczy. To chyba dobrze.

Okazuje się, że tak. To nawet bardzo dobrze. Co więcej, długofalowo, równomierne przeżywanie złych i dobrych emocji przyczynia się do poprawy zdrowia fizycznego i psychicznego. Niezależnie o tego jak wysoko się leci, nie można zagłuszać negatywnych uczuć i trzeba się liczyć z upadkiem. Na uniwersytecie nowojorskim właśnie skończono badania na ten temat. Główna teza: nie chcesz chorować, nie jedź po bandzie emocjonalnej.

Dwa teksty nowojorskich badaczy można przeczytać tutaj:

Hershfield, H.E., Scheibe, S., Sims, T., & Carstensen, L.L. When bad can be good: Mixed emotions benefit physical health outcomes across the life span. Social Psychological and Personality Science.

Adler, J.*, & Hershfield, H.E*. (2012). Mixed emotional experience is associated with and precedes improvements in psychological well-being. PLoS ONE, 7(4), 1-10.

Sunday, September 30, 2012

Historia pokory

Wyobraź sobie, że historię Ziemi da się porównać do jednego dnia, kompresując 4,500 milionów lat w 24 godziny. Pierwsze oznaki życia pojawiły się ok. godziny 4 nad ranem w postaci jednokomórkowych organizmów. Później, przez 16 godzin niewiele się dzieje. Dopiero około godziny 20.30 pojawiają się mikroby a zaraz za nimi pierwsze rośliny wodne, a następnie meduzy. O godzinie 21.04 trylobity pływają po morzach. Roślinność lądowa zaczyna powstawać o godzinie 22.00 pozwalając pierwszym zwierzętom lądowym korzystać z ich obfitości. Do końca doby pozostaje nieco poniżej dwóch godzin.

Za sprawą sprzyjających warunków pogodowych o godz. 22.24 Ziemię obrastają obfite lasy czasów Karbonitu, z których dzisiaj czerpiemy zapasy m.in. węgla. Ok. godziny 23.00 przez 45 minut dinozaury królują na ziemi. Znikają nagle pozostawiając pole ssakom.

Ludzie pojawiają się jedną minutę i 17 sekund przed północą. Jedno ludzkie życie jest nanosekundą w tym zegarze historii.

Jeśli ten przykład nie przemawia do ciebie, to wstań i wyciągnij ręce. Nie przejmuj się, poczekam. Wyobraź sobie, że szerokość ramion to 4,500 milionów lat historii Ziemi. Życie, to złożone, mieści się wzdłuż jednej dłoni. Jedno pociągnięcie pilniczka po paznokciu wystarczy by wymazać historię ludzkości.

Wniosek numer jeden jest taki, że niewiele wiemy o życiu na ziemi. Nawet o dinozaurach, których historia jest dużo dłuższa niż nasza. Niewiele ponad 1000 gatunków dinozaurów zostało rozpoznanych, co stanowi raptem ¼ gatunków ssaków obecnie żyjących na świecie. Podejrzewa się, że jeszcze ¾ gatunków dinozaurów pozostaje nie odkrytych.

Wniosek numer dwa, życie chce istnieć, życie nie zawsze ma wielkie ambicje (mikroby przez 16 godzin – kompresując czas ziemski do doby – niewiele ewoluowały), życie od czasu do czasu wymiera, życie toczy się dalej, z nami czy bez nas.

Pierwszy przykład pochodzi z ksiązki „A Short History of Nearly Everything” Billa Brysona, drugi z książki „Basin and Range” Johna McPhee.

Sunday, September 23, 2012

Liczy się tylko teraz

Ucząc się nowego języka zaczynasz od kilku podstawowych słówek i odmian w czasie teraźniejszym. Łapiesz bakcyla. Poczym wszystko się komplikuje, gdy trzeba zapamiętać kolejne czasy przeszłe i przyszłe, piętrzące się wyjątki i deklinacje.

A będąc dzieckiem? Nie zastanawiasz się nad tym co było, ani nie robisz projekcji na przyszłość, cieszysz się tym co teraz – fajna ta moja nowa zabawka. Im starsi się robimy, tym bardziej żyjemy tym co było lub tym co będzie, czyli komplikujemy zupełnie przyzwoite tu i teraz.

Siedzę teraz przed komputerem, pije herbatę miętową, po mojej lewej kot się myje, w zasadzie już zasypia, w tle leci muzyka, za oknem wrzosy bujają się na wietrze. A moje myśli są utkwione w tym co teraz chcę napisać. Ciekawy stan akceptacji tego co jest. Bardzo wygodny i jakże relaksujący. Doszłam do momentu, w którym nie mogę się zmusić do myślenia o tym co było, natomiast przyszłość jest tak daleko, że szkoda wysiłku. Tak jakby gigantyczny, niewidzialny magnez trzymał mnie w pionie i nie pozwalał przechylić na żadną ze stron.

Mam dość abstrakcji. Realne są tylko te wesołe wrzosy i wiecznie śpiący kot. Od razu chce mi się na to uśmiechnąć. W zasadzie nie wiem skąd się bierze to poczucie zakotwiczenia w teraźniejszości. Wiem tylko, że jak ktoś mnie teraz pyta o moje przyszłe plany odpowiadam: Nie wiem. I jest mi z tym dobrze.

Fajna piosenka: Pearl Jam, Present tense

Friday, August 31, 2012

Bezcenny monolog

Siedem lat temu, w przypływie zwątpienia życiowego, poszłam do wróżki po olśnienie. Wcześniej zacierając wszelkie ślady stanu cywilnego, statusu społecznego i takie tam. Pani, w mieszkaniu na Bródnie, wyglądającym jak jaskinia zawodowej wróżki, obejrzała mnie dokładnie i początkowo lekko się uśmiechała. Zwlekała z rozłożeniem kart, aż w końcu powiedziała, że widzi w moich oczach, że mam starą duszę. Mówi: ale po co ty tu właściwie przyszłaś, przecież to co Ci powiem to ty już wiesz. Traktowała mnie trochę jak konkurencję na przeszpiegach.

To co wywróżyła faktycznie się zgadzało, nic mnie też nie zaskoczyło, ale dopiero dzisiaj rozumiem jej słowa. Ostatnio zadawałam sobie dużo pytań, rodziło się dużo wątpliwości i właśnie przed chwilą ogarnął mnie całkowity spokój. W jednej sekundzie wszystko się poukładało, wpadło na swoje miejsce a wątpliwości się rozwiały. Jak w tej zabawce co to kuleczki muszą powpadać do wydrążonych otworów.

Właściwie chcę napisać o tym, że nie warto się biczować w myślach, tylko się posłuchać, życie przynosi różne niespodzianki, a potem i tak wszystko się układa. Można przegadać całe noce z przyjaciółmi, bezcenne swoją drogą, ale najważniejsza rozmowa to ta ze sobą.

Życzę wszystkim aby się otworzyli na siebie, bo potem z lekkim sercem można się otworzyć na innych.

Thursday, August 30, 2012

Poluzuj krawat

To będzie o dumie, a właściwie o fałszywym poczuciu dumy.

Posłuchaj The Beatles, Hey Jude - a szczególnie tego tekstu:

“Any time you feel the pain, refrain, don't carry the world upon you shoulders. For well you know that it's a fool, who plays it cool, by making his world a little colder”.

“Jak tylko czujesz ból, powstrzymaj się, nie noś świata na własnych barkach. Bo dobrze wiesz, ze głupcem jest ten, kto udaje wyluzowanego, powodując, że jego świat jest nieco chłodniejszy”

Nikt nie chce się przyznać, że unosi się dumą, do błędu. Pisałam o fałszywym poczuciu dumy, bo tak naprawdę pod płaszczykiem ukrywa ono inne uczucia. Najczęściej gniew. Jak kogoś nie lubię to pragnę odsunąć tę osobę od siebie. To rodzi gniew i nienawiść. Moja ignorancja powoduje, że czuję się lepsza od tej osoby, że mam rację i tu wkracza duma. Ostatnio to zrozumiałam i wyciągnęłam pokornie rękę do osób, które z jakiś względów wcześniej postanowiłam odsunąć. Przeprosiłam za swoją złość i czuję się z tym lepiej. Zwłaszcza, że szczerze tego pragnęłam.

Chciałabym, żeby nie było dumy. Niektórzy, byli bardzo zdziwieni, że przepraszam 'wroga', że się poddaję i wykazuję się słabością. Moje doświadczenie jest odwrotne, czuję dzięki temu siłę. I chciałabym, żeby nie było dumy, bo ona tylko rani, żeby ludzie się nie ignorowali i żeby przywiązując się do kogoś lub czegoś nie byli chciwi, czasem trzeba dać wolność i poczuć radość drugiej strony.

Saturday, July 28, 2012

Poskramianie wakacji

Czas urlopu to jedyny moment, w którym marzę by być ekstrawertykiem. W marcu, przyjaciele zaproponowali wspólną, miesięczną, egzotyczną podróż, bez specjalnego planu. Kierunek w zasadzie bez znaczenia, byleby było daleko i inaczej. Na samą myśl ciarki mi przeszły. Ku mojej uldze sprawa rozeszła się po kościach. Jako introwertyk podróżowanie nie przychodzi mi łatwo. Wiąże się ono ze strachem przed nieznanym i brakiem bezpiecznego azymutu. Jadąc gdzieś po raz pierwszy czuję się jak duch. Nie do końca obecna w danym miejscu i niewidzialna. Oswajanie zabiera trochę czasu. A co dopiero samotne podróżowanie. Jest jednak kilka sposobów, żeby tacy jak ja wychylili nosa z własnego domu.

Mimo, że w środku jestem zestrachanym introwertykiem, uważam się za osobę odważną i już jutro lecę na dwutygodniowy samotny wyjazd. W dalszym ciągu nie wiem czemu to sobie robię. I to nie po raz pierwszy. Pocieszam się myślą, że będę wyłącznym architektem własnego czasu. Grupowe wyjazdy mają to do siebie, że zanim ktoś podejmie decyzje co robić i dokąd pójść to już połowa jest niezadowolona.

Strach przed nieznanym ma dwie twarze – samo miejsce i poznawanie ludzi.

Mój sposób na oswajanie nieznanego miejsca jest prosty – spacery, a pod ręką książka – ewentualnie Kindle i coś do notowania. Książka daje schronienie gdy czuję przesyt otoczenia. Można na chwilę znaleźć azyl, uruchomić wyobraźnię. Zaletą introwertyków – nie wiem czy wszystkich – jest to, że w zasadzie się nie nudzą, jest tyle rzeczy, o których można pomarzyć.

Znacznie gorzej jest z poznawaniem nowych osób. Introwertycy nie lubią tak zwanego small talku. A jak tu nie zacząć z kimś rozmawiać, bez ślizgania się po banalnych tematach pogodowych? Szukam osób, z którymi można rozmawiać o rzeczach istotnych. Abstrakcję czasem lubię, ale szybko mnie męczy. Ponoć sposobem jest noszenie przy sobie talii kart, zawsze się ktoś znajdzie kto zechce zagrać. Skutecznie eliminując wstępne błahostki.

Zatem życzcie mi powodzenia. Słowa otuchy mile widziane.

Sunday, July 15, 2012

Nieodparta pokusa złych nawyków

Być może nawyk to jedna z większych niesprawiedliwości na świecie. Niektórzy mylnie sprowadzają jego znaczenie do braku silnej woli. Dlaczego tak łatwo zapamiętujemy brzydkie słowa w obcym języku, a tak trudno przychodzi nam nauczyć się samego języka? Dlaczego najbardziej kusi zakazane jabłko? I dlaczego przyzwyczajenia to w gruncie rzeczy droga jednokierunkowa?
Nawyki tworzą neurologiczne zachcianki, których właściwie nie da się nigdy z mózgu wymazać. Z jednej strony to pocieszające, bo od małego można się nauczyć wielu pożytecznych zachowań, ale z drugiej dość zniechęcające, jeśli ktoś planuje trochę nad sobą popracować w późniejszym wieku.
W większości przypadków, nawyki ratują nam życie. Idąc, nie musimy się zastanawiać nad wyciąganiem nóg, czy szukaniem równowagi. Wszystko dzieje się automatycznie, dzięki zaprogramowanym przyzwyczajeniom. Zresztą nasz mózg, jeśli miałby świadomie przetwarzać wszystkie czynności, nie wytrzymałby takiego obciążenia.
Jest jednak istotna nierównowaga między dobrymi i złymi nawykami. Te pierwsze trudno się wpajają, natomiast te drugie w mgnieniu oka. Odpowiedzi trzeba szukać w nagrodzie. Złe przyzwyczajenia mają bardzo pociągające nagrody.
Wyzwalacz - Rutyna - Nagroda
Każdy nawyk sprowadza się do trzech etapów - wyzwalacza, rutyny, nagrody. Weźmy mniej oczywisty przykład - maile. Praca wiąże się z koniecznością koncentracji. Aby osiągnąć optymalny poziom koncentracji potrzebujemy 20 minut. Jednak praktycznie każdy z nas wyrobił w sobie nawyk potrzeby rozpraszania uwagi, wynikający z kolei z potrzeby oderwania się. Doskonale temu służą dźwięk przychodzącego maila albo smsa. Oj, jak trudno natychmiast nie przeczytać nadesłanej wiadomości. W tym wypadku wyzwalaczem jest dźwięk smsa, rutyną potrzeba jego przeczytania a nagrodą oderwanie się. 
Gdy nawyk, jest już głęboko zakorzeniony, wyzwalacz równa się nagrodzie, czyli odczuciu przyjemności. Badania neurologiczne pokazały, że w początkowym etapie wchodzenia w nawyk, nasz mózg ożywa dwa razy, przy wyzwalaczu i podczas nagrody. Gdy nawyk przeradza się w nałóg, mózg czuje podniecenie tylko raz, na początku, utożsamia już wyzwalacz z nagrodą. Na tym etapie, wszelkie zmiany są bardzo trudne.
Z naszymi mózgiem jest jak z twardym dyskiem, nawet jak się go całkowicie wyczyści, okazuje się, że dobry informatyk potrafi odzyskać wszystkie dane. Otóż, tak się składa, że jeśli chodzi o nawyki, każdy z nas jest właśnie takim utalentowanym informatykiem. Dlatego alkoholikowi nawet po 20 latach nie picia, nie odchodzi ochota na kieliszek, jest zawsze o jeden krok od powrotu do nałogu.
Według Charlesa Duhigga, autora książki Siła nawyku (The Power of Habit) jest nadzieja. Jedynym sposobem na zły nawyk jest zapisać go dobrym. Co nie znaczy, że ten zły zniknie. No i wiąże się to z dużą ilością samodyscypliny. Kolejna dobra wiadomość jest taka, że już po półtora miesiącu można wyrobić w sobie dobre przyzwyczajenie. Jak? Bagatela - wiedzieć czym jest nagroda i spróbować zmienić nawyk inną rutyną, ale zapewniającą tę samą nagrodę. Taa, łatwizna ...

Tuesday, July 3, 2012

Lustereczko, lustereczko .. Ty

[Część III]

Mimo, że Internet powstał z idealistycznych pobudek, dzisiaj każde kliknięcie przeliczane jest na zysk. Firmy internetowe chcą wiedzieć kim jesteśmy, co robimy i czego chcemy. Wszystko po to by zebrane na nasz temat dane sprzedać firmom reklamowym. Dajmy na to, że jesienią planujesz wyjazd do Nowego Jorku. Szukasz najtańszych lotów, hoteli, ciekawych miejsc do zwiedzenia. Nie decydujesz się na kupno biletu, ale informacja o tym, że czego szukałaś/eś już krąży po firmach reklamowych. Niespostrzeżenie na twojej wyszukiwarce pojawiają się atrakcyjne oferty wyjazdowe od Stanów.

Algorytm decyduje, co mogłoby nas potencjalnie zainteresować, po czym bombarduje ofiarę reklamami namawiając do zakupu. Z drugiej strony, izoluje nas od informacji, które uzna, że mogą nas nie zainteresować. Jeśli nigdy w Googlach nie szukałeś/aś niczego o Afryce, na 100% nie zobaczysz reklam wycieczki na Kilimandżaro. No chyba, że jesteś miłośnikiem Hemingwaya.

Ustawy o ochronie danych osobowych do podstawa każdego państwa demokratycznego. Tymczasem bezkarny, niekontrolowany handel naszymi danymi to obecnie podstawa egzystowania sieci. Na rynku działają potężne firmy, takie jak Acxiom, o których nikt nie słyszał i których nazwę nawet ciężko wymówić i zapamiętać. Specjalizują się w zbieraniu o nas jak najwięcej informacji i sprzedawaniu jej zainteresowanym partnerom. Co o nas wie Acxiom? Wie, kim jest są członkowie naszej rodziny, jak się nazywają, gdzie mieszkają, czy używają kart kredytowych, czy posiadają psa, a jeśli tak to jaką karmę dostaje. Według Eli Pariser autora książki Filtrująca Bańka (The Filter Bubble) lista zebranych o nas danych przekracza 1500 pozycji.


"Ponieważ filtrująca bańka zniekształca nasza percepcję tego co ważne, prawdziwe i rzeczywiste, jest niezwykle ważne, aby stała się ona widoczna" pisze Eli Pariser.
Internet zamiast otwierać przed nami świat powoli go zawęża i zamyka. Widzimy tylko lustrzane obicie nas samych. Ciężko kliknąć 'Lubię to' przy artykule o śmierci głodowej w Sudanie. Ponieważ liczą się kliknięcia, tematy ciężkie, ale ważne znikają z naszego pola widzenia. Tu jeszcze jeden cytat:
"Google jest świetny w pomaganiu nam znaleźć to, co wiemy, że chcemy, ale nie by znaleźć tego, czego nie wiemy, że chcemy".
Co więcej, ponieważ handel informacją o nas, dzieje się za naszymi plecami, teraz cała zabawa polega na tym, żeby się odwrócić i ujawnić proces. To jest jak otwarcie nie jednej, a kilka puszek Pandory.

[Część I] - kliknij tutaj
[Część II] - kliknij tutaj

Tuesday, June 26, 2012

Szczenięcy internet

[Część II]

Podejrzewam, że wiele osób uważa, że dokładnie wie jak działa Internet i wie, że po każdym kliknięciu pozostawia po sobie ślad, na który tylko czekają takie firmy jak Google czy Facebook. Wie i godzi się na to. Możliwość sięgnięcia w kilka sekund po informacje, które bez sieci byłyby praktycznie niedostępne, jest warta ceny małej inwigilacji. Jednak pytanie, jakie się nasuwa to czy ta inwigilacja jest naprawdę mała? Ile informacji dobrowolnie już przekazaliśmy? Jak te informacje są wykorzystywane? I przede wszystkim, kto na tym zarabia?

Wracając do historii z Kindlem. Na marginesie, zmieniłam mu imię i nazywam go Małym Szpiegiem. Z jednej strony, Mały Szpieg niejako dopasowuje się do moich zainteresowań i stara się antycypować, co mogę chcieć. Ale z drugiej strony, skąd on do cholery może wiedzieć, czego ja chcę? Dlaczego jakiś program filtruje moje internetowe ruchy i przerabia kliknięcia w algorytm, do którego nawet nie mam dostępu?

Tu dochodzę do sedna. Wyszukiwarka Google, portal społecznościowy Facebook i sklep internetowy Amazon stały się liderami nowej internetowej rewolucji, jaką jest personalizacja. Firmy zbierają dane o naszych upodobaniach, by następnie zaoferować nam coś podobnego, bo to co znane lepiej się sprzedaje. Dotyczy to produktów takich jak książki, ale też informacji, jako takiej. Przy spersonalizowanym wyszukiwaniu, mając, powiedzmy prawicowe poglądy polityczne, jest mało prawdopodobne, że natkniemy się na informacje grup lewicowych. Wyszukiwarka, zakłada, że takie informacje po prostu nas nie zainteresują. To nie jest jakaś bliżej niesprecyzowana przyszłość – to się zaczęło dwa lata temu. Uaktualniając swój status na Facebooku lub dzieląc się artykułem, nie dziw się, że nie wszyscy twoi ‘przyjaciele’ to zobaczą. EdgeRank - algorytm Facebooka wyświetla twoją aktywność tylko tym osobom, które wcześniej wykazały zainteresowanie twoim profilem i na odwrót.

Mówiąc wprost, skomplikowany algorytm powoli zastępuje szare komórki. Nie ty decydujesz, co czytać i w co wierzyć. A wszystko się dzieje w białych rękawiczkach. Czy ktoś nas pytał czy godzimy się na personalizację Internetu?

Zatem wracając do pytania czy warto wiedzieć. Zdecydowanie warto wiedzieć. Potem można się zżymać na rzeczywistość, ale wiedzieć i pozostać świadomym trzeba. Z Internetem teraz jest jak małym szczeniakiem, chce się go cały czas trzymać na rękach i drapać za uszkiem, ale co się nie obejrzysz to dywan obsikany a kapcie pogryzione. Cały proces personalizacji Internetu będzie jeszcze musiał przejść fazę ucywilizowania. Czyli żmudne uczenie szczeniaka załatwiania się na zewnątrz i siadania na komendę. Póki co to my jesteśmy prowadzeni na smyczy. Google nie ukrywa, że w przyszłości chce móc odpowiedzieć na pytanie ‘Czy mam zmienić pracę?’.

Więcej w kolejny i zamykającym ten wątek wpisie.

[Część I] - kliknij tutaj

Facebook zmienił twój email bez pytania

Informacja ta wpisuje się idealnie w wątek, który wczoraj tutaj poruszyłam. Facebook nie pytając nikogo zastąpił adresy mailowe użytkowników własnymi mailami.

Artykuł pochodzi z portalu www.wirtualnemedia.pl

Facebook zmienił adresy email w profilach użytkowników

Bez wiedzy użytkowników serwisu, Facebook ukrył kontaktowe adresy email na wszystkich profilach. Zastąpił je tymi we własnej domenie.

Każdy użytkownik Facebooka posiada adres poczty elektronicznej @facebook.com, w którym za nazwę służy albo spersonalizowany adres profilu (na przykład: http://www.facebook.com/janek.kowalski.19) albo numer przypisany danej osobie podczas rejestracji w serwisie. Teraz taki email jest standardowo wyświetlany w informacjach kontaktowych. Wszystkie pozostałe adresy zostały ukryte.

By przywrócić wcześniejsze emaile należy wejść do edycji profilu i w zakładce „Informacje kontaktowe” zmienić ustawienia widoczności danego adresu.

Facebook uruchomił swoją pocztę elektroniczną w 2010 roku. Usługa reklamowana jako „pogromca Gmaila” nie zdołała jednak zdobyć dużej popularności. Zmiana adresów prawdopodobnie miała być jeszcze jedną próbą ożywienia tej platformy. Facebook zrobił to jednak bez zgody użytkowników, co spotkało się z ostrą krytyką.

Monday, June 25, 2012

Lepiej wiedzieć czy nie?

"Programista komputerowy to wymarzona kariera dla introwertyka. Programiści spędzają długie godziny udoskonalając kody. Muszą mieć analityczne umysły, by przygotować jak najbardziej wydajny algorytm" - napisał Craig H na Article Rich.

[Część I]

Sześćdziesiąt cztery lata temu George Orwell napisał swój słynny horror polityczny Rok 1984. Ciemny scenariusz Wielkiego Brata nie spełnił się, być może powinien nosić tytuł Rok 2084. Ale o tym nieco później. Trzynaście lat temu na ekrany wszedł film Matrix, opowiada o bliżej nieokreślonej przyszłości, w której większość ludzi żyje w upozorowanym przez sztuczną inteligencję świecie. Jedno i drugie to fikcja, utopia, czyli bajka. Pytanie, z którym zmagali się główni bohaterowie Orwella i braci Wachowskich było czy warto wiedzieć, czy warto poznać prawdę. Ostatecznie zaryzykowali komfort życia, jaki daje ignorancja i samo życie by dowiedzieć się jak jest naprawdę. I tu podobieństwa się kończą. Hollywood postawił na happy end – bohater przeżywa, prawda zwycięża. Orwell na logiczną arytmetykę – co może jednostka wobec całego systemu – główny bohater przeżywa, ale złamany wewnętrznie i podporządkowany Partii.

Na szczęście my w 2012 roku nie musimy podejmować tak dramatycznych decyzji. Dostęp do informacji jest niemalże powszechny, Internet zmienił świat w globalną wioskę, sami decydujemy jak żyć i w co wierzyć. Tyle, że nie do końca jestem przekonana, że tak faktycznie jest. Podam przykład.

Od niedawna używam Kindla – przenośnego urządzenia do czytania elektronicznych publikacji i e-gazet. Zachwycam się ilością pochłoniętych już książek, mnogością wyboru i łatwym dostępem. Dzięki bezprzewodowej sieci, gdziekolwiek jestem mogę ściągnąć nowy tytuł. I tak właśnie wczoraj ściągnęłam książkę, gdzie czytam, że tak naprawdę trzymam w ręku małego szpiega. Szok. Na chwilę go wyłączyłam, ale po minucie znowu odpalam. Czytam dalej. Mój osobisty szpieg, któremu już nawet dałam imię, donosi firmie Amazon co czytam, jak często, które fragmenty zaznaczam, ile czasu spędzam na jakiej książce. Każde przysłowiowe kliknięcie przerabiane jest na tysiące mikro informacji wpadających w kategorie dane osobowe, które następnie przerabiane są na spersonalizowany algorytm. Dzięki temu algorytmowi Amazon podsuwa mi pozycje, które mogą mnie potencjalnie zainteresować. Intuicyjna księgarnia. Wystarczy, że wbiję w wyszukiwarkę brokuły i następnym razem, na głównej stronie zobaczę książkę o pielęgnacji ogrodu i najlepszych zupach świata.

Ktoś mógłby powiedzieć super, któż nie chciałby mieć garnituru szytego na miarę? Toż to luksus, a tutaj Internet, zupełnie za darmo, oferuje mi taką usługę. Inny powie banały, wiem to nie od dziś. Ale czy zdajemy sobie sprawę jak daleko sprawy zaszły?

Mam wrażenie, że zarówno Orwell, jak i bracia Wachowscy w pewny sensie opisali istotę A.D. 2012. Pomijając dramatyczne wątki walki o życie, personalizacja Internetu powoduje, że widzimy spreparowany świat, jego niewielką cząstkę. Działamy pod dyktat algorytmów, które sami żywimy własnymi kliknięciami. Standardy, którymi rządzi się Internet przekładają się też na telewizję - zastanawiające jaką karierę robią obecnie historię o dziecięcych tragediach. Grunt to wiedzieć, z czym mamy do czynienie, grunt to mieć dostęp do algorytmów.

Wątek dokończę w kolejnym wpisie.

Sunday, June 17, 2012

Dwukropek i nawias zamiast uśmiechu













Fejsbukoholizm i nałóg od sieci społecznościowych – od niedawna takie pojęcia zaczęły się pojawiać w pismach naukowo-psychologicznych. Społecznościówki uzależniają jak narkotyk – co nie jest przesadą, pobudzają te same ośrodki mózgu co kokaina. Spora część „wciągniętych” w Facebooka, Twittera, YouTube’a, LinkedIn, Flickra itd. oprócz tego, że cały dzień jest podłączona do sieci, to jeszcze, w skrajnych przypadkach, wracając do domu po pracy, szkole, zajęciach woli spędzić wolny czas przed monitorem sprawdzając i uaktualniając status zamiast gadać z rodziną.

Trik Facebooka polega na tym, że ludzie uwielbiają informację zwrotną. Chcą zaspokoić własne ego i wiedzieć czy wzbudzili zainteresowanie, jakie komentarze wywołali. Dlatego co chwilę sprawdzają czy ktoś polubił wrzucone zdjęcie czy zretweetował wiadomość. Język relacji międzyludzkich w świecie społecznościówek uległ pewnej zmianie. Być ekstrawertycznym i zwracać na siebie uwagę znaczy „dzielić się”, socjalizować znaczy klikać. W świecie internetu nie ma introwertyków.

Jest jednak zasadnicze niebezpieczeństwo, które dotyczy wszystkich użytkowników komunikacji elektronicznej – czyli także maili, smsów – jest ona obdarta z wymiaru emocjonalnego. Rozmowa twarzą w twarz potrafi być wstydliwa, dwuznaczna, krępująca, wysyłając smsa unika się tych nieprzyjemnych uczuć. Emotionki – uśmiechnięta buźka, kciuk w górę, puszczanie oczka – zastąpiły całą zniuansowaną gamę emocji, które osobiste spotkanie wzbudza. Zagrożenie polega na tym, że przestajemy sobie radzić z emocjami, uciekamy przed komputer i wstukujemy dwukropek i nawias.

Jest jeszcze za mało badań naukowych dokładnie stwierdzających jaki wpływ sieci społecznościowe mają na relacje rodzinne i koleżeńskie. Facebook działa od ośmiu lat, ikonka kciuk w górę pojawiła się raptem półtora roku temu! Ciężko powiedzieć, czy dzięki społecznościówkom nasze przyjaźnie są bliższe czy nie. Na pewno przenoszenie kłótni małżeńskiej na forum Facebooka nie pomaga. Ale z drugiej strony, małżeństwa dzięki Facebookowi to już codzienność.

Tuesday, June 12, 2012

Krytyczna przyjaźń


PHOTO © European Union
1. Otaczamy się trzema kręgami ludzi, nie wliczając w to rodziny. Różnią się stopniem bliskości. Przeciętnie mamy nawet 26 dobrych znajomych, około 6 przyjaciół i maksymalnie 2 najlepszych kolegów. Liczby wahają się w zależności od tego czy jesteśmy introwertykami (mniej znajomych) czy ekstrawertykami. W zasadzie, żeby wkroczyć do najbliższego kręgu znajomych wystarczy wczuć się w problemy i sprawy drugiej osoby, czyli słuchać, być szczerym, nie kłamać, nie plotkować i nie osądzać, potrafić zaufać i mieć poczucie wspólnoty – poglądów, przeżyć etc. Niby taka prosta recepta na udaną przyjaźń, więc skąd tyle nieporozumień i przykrych rozstań?
2. Dość niebezpieczny typ - nierówni przyjaciele - spełniają wszystkie powyższe kryteria tyle, że zawodzą tam gdzie są najbardziej potrzebni. Łamanie obietnic czy krytykanctwo nie wynika ze złej woli, raczej z egoizmu. Brak im czasu by szczerze Cię posłuchać. Są nierówni, bo wkładają w tę przyjaźń mniej wysiłku niż Ty. Używają aluzji i podtekstów, by ukryć swoje intencje. Czasami mają paskudny zwyczaj rzucania destrukcyjnych komentarzy pełnych sarkazmu. Osobie używającej sarkazmu wydaje się, że jest dowcipna i elokwentna. Prawda jest taka, że sarkazm prawie wyłącznie krzywdzi. Więcej tutaj i tutaj (EN)
3. Nagłe zakończenie bliskiej znajomości niestety zdarza się dość często. Jeszcze nie dawno myślałam, że "taka” przyjaźń nie może umrzeć, nie mówiąc o liczbie mnogiej. Jednak dziesięć wspólnie spędzonych lat nie gwarantuje odwiecznej przyjaźni. Rozstanie wzbudza wiele emocji, może być bolesne, ale obowiązuje pewna nie pisana i niestety rzadko stosowana zasada, nie krytykowania. Nawet jak nie rozumiemy powodu rozstania, po co o tym plotkować. Zazwyczaj to druga strona ma jakiś ukryty problem - złość, zazdrość, kompleksy. Plotkowanie może ten stan tylko pogorszyć.
4. Tak zwana informacja zwrotna jest bezcenna, więc jeśli usłyszysz od znajomego krytykę pod swoim adresem, zapamiętaj i podziękuj. Nie często ludzie decydują się na jawną konstruktywną krytykę - może dlatego, że wymaga wysiłku, nie wystarczy powiedzieć "to co zrobiłaś jest głupie", trzeba dodać dlaczego. Wydaje mi się, że dla dobra znajomości, od czasu do czasu, trzeba sobie trochę "wygarnąć".

Sunday, June 3, 2012

Milczenie jest złotem – gadaj zdrów

Pamiętam, że w szkole właściwie nigdy się nie zgłaszałam do odpowiedzi, zawsze ta sama grupka osób się wyrywała, a nauczyciele naturalnie wybierali kogoś spośród nich. Pamiętam też, że w liceum miałam szczególnie mało wrażliwych nauczycieli, bo jak już podniosłam rękę – co w języku introwertyków znaczy, mam coś naprawdę istotnego do powiedzenia – byłam ignorowana. Nauczyciele przypominali sobie o nas, introwertykach, a właściwie w ich oczach mało aktywnych uczniach, jak nikt się nie zgłaszał do odpowiedzi, nawet ich pupile. Oczywiście każda odpowiedź była punktowana i trafiała do dziennika, więc szanse na niedostateczne oceny były śmiało przydzielane osobom cichym i spokojnym, niż tym „aktywnym”.


Bycie introwertykiem w świecie rządzonym na zasadach ekstrawertycznych to trochę jak próba przebicia się kobiet do męskiego świata. System oświaty i pracy jest zaprogramowany na ekstrawertyzm. Być ekstrawertykiem się opłaca. W cenie są szybkie decyzje, ale przede wszystkim zabieranie głosu, czyli mówienie, gadanie, paplanie, za wszelką cenę. Ktoś kto nie mówi się nie liczy. Najlepiej jak mówi szybko, wtedy – badania pokazują – jest bardziej lubiany.
Czym jest introwertyzm świetnie opisuje Susan Cain w książce Cisza – Siła introwertyków w świecie, który nie może przestać gadać (Quiet – The Power of Introverts in a World That Can’t Stop Talking). Nawet nie zdawałam sobie sprawy, że właśnie kwestia polaryzacji osobowości jest obecnie jednym z bliżej studiowanych przez psychologów społecznych tematem.

Nasza osobowość kształtuje się wokół tego czy jesteśmy introwertykami czy ekstrawertykami. Inne czynniki praktycznie nie grają roli. Od tego zależy jakich przyjaciół wybieramy, czym się zajmujemy, czy jesteśmy konsekwentni, czy ulegamy pokusom, dokąd jedziemy na urlop.

Introwertyzm i ekstrawertyzm to przeciwne końce jednej osi. Każdy z nas gdzieś na tej osi się znajduje, ale jeden rodzaj osobowości, w innej sytuacji życiowej, nie wyklucza drugiego. Jestem introwertykiem, ale lubię się spotykać ze znajomymi, nawet lubię poznawać nowych ludzi. Potem jednak potrzebuję dwa-trzy dni „ciche”, na regenerację.

Introwertycy czerpią energię z wewnątrz, nie lubią skupiać na sobie uwagi, ekstrawertycy przeciwnie, doładowują się przebywając z ludźmi, lubią być w centrum zainteresowania. Introwertyk zanim się odezwie, przemyśli każde słowo, zastanowi się jak mogą one być odebrane, ekstrawertyk od razu powie co myśli, dopiero później odda się refleksji. Introwertycy wolą pracować indywidualnie, ekstrawertycy w grupie. Introwertyk szybko się męczy przebywając w środowisku ze zbyt wieloma bodźcami, bardzo odpowiednim z kolei dla ekstrawertyka.

Pierwszy zdiagnozował różnice w osobowościach Carl Gustaw Jung. Jego koncepcje rozwinęły dwie psycholożki, od których nazwisk powstał wskaźnik psychologiczny Myers-Briggs, rozróżniający 16 typów osobowości. Odpowiadając na cztery zestawy pytań można odkryć jakim typem się jest. Często plasujemy się gdzieś pomiędzy dwoma typami, ale to i tak sporo potrafi wyjaśnić. Co roku ze wskaźnikiem Myers-Briggs zapoznaje się 2 miliony osób, jest to praktycznie podstawa każdego szkolenia dla menadżerów. Możesz go zrobić teraz klikając – tutaj – niestety nie znalazłam polskiej wersji.

Często słyszę, że nikt by nie pomyślał, że ja jestem introwertykiem. Dlatego w następnym wpisie spróbuję rozwiać mity związane z introwertykami. Według wskaźnika Myers-Briggs jestem typem humanisty-empatyka, czyli INFJ – tu przeczytasz więcej.
Książka Cisza – kliknij tutaj